Publikuj albo giń! – mówią nam zewsząd. Nie mówią jednak, jak pisać, aby publikować. W rezultacie jako początkujący często popełniamy mnóstwo błędów, które skutkują smutnymi wiadomościami z „Rejection” w tytule. Dzisiaj postanowiłam zrobić kompilację tych najczęstszych, z którymi najbardziej użerałam się jako młoda, zielona badaczka.

1. Skomplikowany, złożony styl

Była o tym cała seria wpisów, ale to zaskakujące, jak wiele osób uważa, że aby napisać dobry artykuł naukowy, trzeba „brzmieć mądrze”. Kiedy mówię młodszym pracownikom naukowym albo magistrantom, że należy pisać prosto, często myślą, że ich wkręcam. Naprawdę nie wkręcam.

Im więcej mam doświadczenia z publikacjami naukowymi, tym piszę prościej. Skracam zdania, upraszczam struktury gramatyczne, piszę w pierwszej osobie („zanalizowaliśmy, zrobiliśmy, doszliśmy do wniosku”). Im częściej to robię, tym częściej dostaję od recenzentów pochwały za dobry, przejrzysty styl.

2. Niesłuchanie recenzentów

Siedzieliśmy nad tekstem pół roku. Wysłaliśmy tę wychuchaną wersję do recenzji. Dostajemy ją z powrotem z milionem uwag, w tym propozycją całkowitej zmiany analizy statystycznej. Świętego by szlag trafił. Kiedy byłam młodsza, strasznie mnie to frustrowało, a moją pierwszą reakcją było spuszczenie recenzentów po brzytwie. Ewidentnie nie zrozumieli po prostu mojej głębokiej idei.

To był wielki, wielki błąd.

Recenzje nie są, jak wiele osób uważa, upierdliwą formalnością. Recenzje – również te krytyczne – to bezcenne źródło informacji. Jako profesjonalni pisarze mamy obowiązek pisać przede wszystkim dla czytelników i dawać im to, czego chcą. Recenzenci ułatwiają nam pracę, bo mówią nam dokładnie, czego chcą jako czytelnicy. Wskazują, czego nie rozumieją, gdzie popełniliśmy błąd i często dodają wiele informacji merytorycznych od siebie, które pomagają tekstowi wskoczyć na nowy poziom. Warto korzystać z ich wskazówek, nawet jeśli tekst odrzucono i chcemy go składać gdzie indziej.

Jeśli artykuł nie został odrzucony, ale recenzenci wymagają gruntownych przeróbek, to naprawdę opłaca się przysiąść fałdów i te przeróbki wprowadzić w życie, a nie zbyć jednym zdaniem. Fakt, że bierzemy zdanie recenzentów poważnie i jesteśmy gotowi włożyć wiele pracy w tekst, zawsze spotyka się z dużym uznaniem. Ludzie cenią sobie, że praca włożona w recenzje nie poszła na marne i że nie mamy ich w pompie. Praktycznie nie zdarzyło mi się, żeby ktoś odrzucił artykuł, który bardzo gruntownie przerobiłam pod wpływem komentarzy.

Jeżeli nie chcemy wprowadzać danego elementu do tekstu, warto przyłożyć się w odpowiedziach. Np. jeśli recenzent proponuję dodatkową analizę, a my nie chcemy jej zamieszać w artykule, warto zamieścić ją w odpowiedzi do recenzentów. Znowu – pokazujemy, że traktujemy naszych czytelników poważnie.

3. Brak feedbacku od innych czytelników

Problem poniekąd powiązany z tym powyższym. Zanim jeszcze wyślemy artykuł do recenzji, warto dać go do przeczytania innym osobom, szczególnie tym, które nie były zaangażowane w nasz projekt. Jako pierwsi autorzy często doświadczamy „przekleństwa wiedzy”. Siedzimy w danym badaniu od lat i pewne rzeczy wydają nam się oczywiste. Nie są jednak oczywiste dla naszych czytelników. Ich uwagi pomagają wybitnie zmniejszyć upierdliwość procesu recenzji. Szczególnie warto zwracać uwagę na wszystkie uwagi sugerujące, że tekst jest w którymś miejscu niejasny. Te niejasności wrócą do nas w procesie recenzji.

4. Kopiowanie źródeł bibliograficznych w ciemno

Przerzucanie setek źródeł bibliograficznych to orka na ugorze i często pojawia się pokusa, żeby po prostu przekopiować źródła z innego artykułu. Jeśli Iksiński mówi, że Igrekowski w swoim papierze odkrył to i tamto, to z pewnością ma rację, prawda? Nieprawda. Iksiński mógł skopiować interpretację Igrekowskiego z jeszcze innego artykułu albo po prostu źle ją zrozumieć. Jeśli nie daj Bóg nasz tekst trafi do recenzji do Igrekowskiego, to dostaniemy po głowie.

Warto zawsze przynajmniej zajrzeć do artykułów, które cytujemy i upewnić się, że na pewno są o tym, o czym myślimy, że są. Jeśli natomiast posługujemy się czyjąś interpretacją jakiegoś artykułu, to warto zacytować autora tej interpretacji. Napiszmy, że według Iksińskiego teoria Igrekowskiego świadczy o tym i o tamtym. Niech to Iksiński się w razie czego tłumaczy.

5. Brak terminologicznej precyzji i/lub konsekwencji

Czy segmentacja mowy to mechanizm, proces czy czynnik? Oto pytanie, które nigdy nie spędzało mi snu z powiek, zanim nie zaczęłam pracy nad tym artykułem. Brak konsekwencji w używaniu terminów to coś, za co recenzenci dawali mi po głowie przez ponad rok znęcania się nad moim tekstem w recenzji. Proszę się zdecydować, dochtór Marecka, czy pisze pani o procesach czy mechanizmach!

Długi i bolesny proces publikacji tego tekstu nauczył mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim tego, że jeśli nazywamy jakąś rzecz w swoim artykule, to powinniśmy to robić konsekwentnie i najlepiej zdefiniować ten termin na samym początku. Jeśli piszesz o „pamięci krótkotrwałej” to napisz, co rozumiesz pod tym pojęciem i nie zmieniaj w połowie tekstu terminu na „pamięć roboczą”.

6. Brak odwagi

Mam wrażenie, że wielu naukowców nie wysyła artykułów do dobrych, wysoko-punktowanych czasopism, bo boi się odrzucenia. Kiedy zaczynałam publikować, też bardzo się tego bałam. Okazało się jednak, że nic nie nauczy nas tak dużo jak odrzucenie artykułu (albo dwuletni proces recenzji) w dobrym czasopiśmie. Dzięki uwagom recenzentów dowiadujemy się, jak lepiej pisać i jak lepiej publikować. W rezultacie możemy się potem pochwalić coraz dłuższą liczbą artykułów z listy A. Odwaga naprawdę popłaca. Więc odwagi, rodacy!


2 Komentarze

kubek · 24 września 2019 o 15:43

nie ma już listy A 😉 artykuł pełen ciekawych rad, dzięki!

    Marta Marecka · 25 września 2019 o 13:20

    Fakt, teraz jest ta nowa lista, w której są pisma przypisane do dyscyplin. Dość beznadziejnie przypisane do dyscyplin, ale pomińmy to milczeniem ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *