Witajcie w trzecim i ostatnim odcinku serii “Czego nie mówią nam na kursach pisania akademickiego”. Ostatnio rozmawialiśmy o procesie pisania, jak również o emocjach związanych z pisaniem. Dziś bez zbędnych ceregieli wspominam o jeszcze dwóch rzeczach, które, moim zdaniem, bardzo pomagają zarówno w pisaniu tekstów, jak i w ich publikowaniu.

Rzecz 1. Inspiracja jest dla amatorów. Profesjonaliści mają nawyki

Kiedyś spotkałam gościa, który powiedział mi, że nie pisze na razie tego swojego doktoratu, bo nie ma do tego weny. Nie wiem, czy typ w końcu złożył pracę, ale na podstawie samej tej wypowiedzi nie wróżyłam mu spektakularnych sukcesów. Gdybym pisała tylko wtedy, kiedy mam na to ochotę albo kiedy mam “wenę”, to nigdy bym się nie obroniła, nigdy nie dostałabym żadnego grantu i nigdy nie zbudowałabym sobie kariery jako pisarz akademicki. Są takie momenty, kiedy warto odpocząć od pisania, aby uniknąć wypalenia zawodowego (pisałam o tym, m.in. tutaj), ale ogólnie staram się pisać niezależnie od tego, czy mi się chce. Bo przeważnie się nie chce. Stan tego uskrzydlenia, kiedy człowiek jest przyklejony do komputera i nie może wstać, ponieważ absolutnie musi wyrzucić z siebie słowa, jest cudownym, ale rzadkim darem losu.

Chociaż żyję dla takich momentów, to ich nie oczekuję. Zamiast tego codziennie od poniedziałku do piątku siadam na tyłku i gdzieś od godziny dziesiątej stukam w klawiaturę, a potem cierpliwie wybieram z tego coś, co da się opublikować. Ta regularność ma wiele zalet. Po pierwsze pokazała mi, że tak naprawdę nie potrzeba mi inspiracji, żeby dobrze pisać. W momentach wyjątowego zniechęcenia da się wycisnąć z siebie naprawdę dobry tekst, tak samo jak w stanie pisarskiej gorączki można napisać straszny szajs. Nie widzę żadnego związku pomiędzy moją chęcią do pisania i jakością mojej twórczości. Biorąc pod uwagę, jak rzadkie są te cudowne “pisarskie gorączki”, jest to dla mnie bardzo pokrzepiająca myśl. Po drugie regularne siadanie do pracy pozwala oswoić lęk przed tworzeniem tekstów. Moim zdaniem najgorszy w pisaniu jest sam początek, a właściwie ten moment tuż zanim zaczniemy. Potem już jest z górki. Warto jest wyrobić sobie nawyk codzienniego siadania do klawiatury, bo wtedy decyzja o tym, żeby rozpocząć, jest już niejako podjęta. Po prostu siadamy do pisania i nie zdążymy się nawet zestresować, bo już jesteśmy w połowie tekstu. Po trzecie regularna praktyka pisarska paradoksalnie powoduje, że częściej doznajemy owego mitycznego natchnienia. Steven Pressfield w swojej książce “War of Art” pisze, że muza woli wyrobników od księżniczek. Ci, którzy wykonują swoją pracę codziennie, zaskarbiają sobie jej przychylność. Zgadzam się z tym w stu procentach – im regularniej piszę, tym lepiej i łatwiej mi idzie.

Rzecz 2. Autor jest w tekście totalnie nieważny. To czytelnik stoi na pierwszym miejscu.

Więcej pisałam o tym tu. Mam wrażenie, że kiedy piszemy, często jesteśmy totalnie zafiksowani na sobie. Martwimy się: czy NAS polubią, docenią, opublikują, czy MY brzmimy mądrze. Jesteśmy zasłuchani w dźwięku swojego głosu i zapatrzeni w nasze badania. Jest to całkowicie naturalne, ale niezbyt dobre dla naszych tekstów. Bo w ten sposób często powstają artykuły, które czytelnika mają totalnie gdzieś – gęste, niezrozumiałe, pełne przeskoków logicznych.

Wierzę, że rola pisarza, zwłaszcza użytkowego (a takim jest pisarz akademicki), jest rolą służebną. Służymy naszemu czytelnikowi. Zamiast zastanawiać, się czy brzmimy mądrze i czy “to jest publikowalne”, powinniśmy całą naszą uwagę skupiać na nim. Kim jest, czego potrzebuje, jak możemy mu to dać? Czy tekst jest dla niego przydatny, ciekawy, zrozumiały? Czy dostaje w nim to, czego chce? Czy zrobiliśmy wszystko, żeby ułatwić mu jego odbiór? Jeżeli wydaje nam się, że napisaliśmy właśnie najpiękniejsze zdanie świata, a nasi czytelnicy mówią nam, że jest niezrozumiałe, to powinniśmy je bez zbędnych ceregieli wyrzucić. Bo nie o nas tu chodzi.

Oczywiście tego typu rozkminy najlepiej zostawić sobie na proces edycji, ewentualnie planowania tekstu, bo podczas procesu pisania najważniejsze jest po prostu wyrzucenie z siebie słów. Ale jeśli nad czymkolwiek powinniśmy się w naszym tekście trząść, to nie nad pięknem rzeczowników i nad tym, czy brzmi to wszystko mądrze, ale nad tym, czy zaspokajamy potrzebę naszego czytelnika.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *