Przejdź do treści Przejdź do paska bocznego Przejdź do stopki

Jak pracuję z autorami: Danka Psuty

Dzisiaj chciałam Ci pokazać, jak wygląda moja praca od kuchni. Zobaczysz, czego uczę autorów i autorki, którzy do mnie przychodzą, i jak moje porady i zajęcia wpływają na ich warsztat pisarski.

Przy okazji chcę Ci przedstawić wspaniałą pisarkę i moją klientkę, Dankę Psuty, która zgodziła się udostępnić kawałki swojej książki, żeby pokazać, jak zmieniło się jej pisanie pod wpływem pracy ze mną.

Danka to przykład tego, jak bardzo może rozwinąć się autor, który nieustannie się uczy. Kiedy się poznałyśmy, zachwyciły mnie jej pomysły oraz umiejętność budowania ciekawych scen. Danka miała interesujące i oryginalne historie do opowiedzenia, chciała jednak pracować nad techniką pisania. Recenzenci jej pierwszej powieści zarzucali jej, że za mało rozwinęła swoich bohaterów i świat przedstawiony. Było to o tyle dziwne, że bardzo dużo wiedziała zarówno o swoim uniwersum, jak i o swoich postaciach.

Rozwiązaniem problemu okazało się jednak nie DOPRACOWANIE tych elementów, ale ich OPISANIE. Dlatego bardzo dużo pracowałyśmy z językiem, stylem i techniką opisów, aby oddać brudny, dickensowski świat Luny w powieści Danki pod tytułem Ludzie bez dusz.

Poniżej pokażę Ci fragment tej powieści opisujący podróż kapłanek – w tym głównej bohaterki – do koszar w okupowanym przez żołnierzy mieście. Zobaczysz, jak zmienił się pod wpływem naszej współpracy.

Oto pierwsza wersja tekstu:

Powozy przejechały wzdłuż Srebrnego Traktu, zatoczyły koło na wielkim placu Cesarza Andrzeja Mocnego i poturlały do czerwonych budynków, w którym stacjonował garnizon.

Trzy dorożki zajechały od tyłu. Kapłanki wysiadły po omacku, stopami badając kamienny bruk. Przód eleganckich koszar był świetnie oświetlony lecz zaplecze tonęło w mroku. Być może miało to pomóc ukryć gości sprowadzanych przez żołnierzy pod osłoną nocy.

A oto wersja końcowa:

Koła dorożki podskakiwały na kostkach brukowych. Sześć kapłanek siedziało naprzeciw siebie w ciemnościach. Patrzyły w okna, nie rozmawiając ze sobą.

Elena jeździła palcem po szybie. Rysowała niewidzialne linie między kroplami deszczu. […]

Dorożka przejechała przez most i wjechała na Srebrny Trakt. Dotarła do okrągłego placu, który okupanci nazwali imieniem swojego cesarza. Okrążyła obelisk na jego cześć i wjechała przez metalową bramę do koszar. Strażnik wyjrzał ze swojej budki, ale szybko schował się do środka. Nieprzyjemny deszcz siąpił od rana i wszystko było już przemoknięte.

Budowle wojskowe postawili zaborcy. Proste, podłużne kloce zbudowane z czerwonej cegły nie pasowały do architektury reszty miasta. Elena wyciągnęła głowę, by się im lepiej przyjrzeć. Jeśli miały uciekać, dobrze z góry zaplanować trasę.

Zauważyła, że wszystkie budynki oświetlono tylko od frontu. Wysokie lampy stały przy każdym z trzech wejść do klockowatych kwater. Tyły zaś tonęły w mroku. Być może była to administracyjna oszczędność, a może wojskowi chcieli specjalnie ukryć zaplecze. Właśnie tam, w cieniu budynku, zaparkowała dorożka.

Zauważ, że styl Danki w obu wersjach jest komunikatywny i nieprzekombinowany. Mamy tu do czynienia z powieścią młodzieżową, a nie prozą poetycką. W takim tekście podstawową funkcją języka jest jak najlepiej oddawać treść i nie odwracać uwagi czytelnika od historii. Jednak kiedy zajrzymy głębiej i porównamy te dwa fragmenty, zauważymy, że w drugiej próbce pod pozorem prostoty skrywa się sporo kunsztu. Autorka świadomie i inteligentnie dobiera słowa, aby wywołać konkretny efekt. <br>W pierwszym tekście podane są głównie fakty – gdzie jechała dorożka, co się wydarzyło. Brakuje szczegółów, które pozwalają wyobrazić sobie miasto. W drugiej wersji Danka dodała zmysłowe detale, które pozwalają zanurzyć się w świecie – podskakujące koła dorożki, ciemność, cisza, która nadaje nastrój grozy. Widzimy siąpiący deszcz i strażnika, który natychmiast chowa się do budki.

Zwróć też uwagę, że sposób opisania placu w pierwszej wersji jest bardzo neutralny, natomiast w drugiej podkreśla sytuację bohaterek, które jadą do siedziby okupanta. „Na wielkim placu Cesarza Andrzeja Mocnego” zamienia się w: „do okrągłego placu, który okupanci nazwali imieniem swojego cesarza”. „Do czerwonych budynków, w którym stacjonował garnizon” zamienia się w: „Budowle wojskowe postawili zaborcy. Proste, podłużne kloce zbudowane z czerwonej cegły nie pasowały do architektury reszty miasta”. Świadomy dobór słów podkreśla przemoc, której doświadczyli mieszkańcy miasta. „Okupanci” nazwali ich plac „imieniem swojego cesarza” i postawili budowle, które psują architekturę ich miasta. Zauważ też świadome użycie przymiotników. Budowle nie są już tylko czerwone, ale „klockowate” – przez co kojarzą się z czymś brzydkim i prostackim.

Ta zmiana wynika też ze zmiany perspektywy w tekście. W pierwszej wersji narrator jest neutralny, w drugiej – patrzymy na świat oczami głównej bohaterki, Eleny, przez co cała scena nabiera emocjonalnej głębi.

Możesz też zobaczyć, jak w końcowej wersji tekstu Danka używa języka, żeby budować napięcie. Zdanie: „Być może miało to pomóc ukryć gości sprowadzanych przez żołnierzy pod osłoną nocy” zmienia się w: „Być może była to administracyjna oszczędność, a może wojskowi chcieli specjalnie ukryć zaplecze. Właśnie tam, w cieniu budynku, zaparkowała dorożka”. W drugiej wersji niedopowiedzenie: „wojskowi chcieli ukryć zaplecze” powoduje, że jeszcze bardziej boimy się tego, co może stać się z bohaterkami.

Świadome operowanie stylem przydaje się nie tylko w narracji, ale też w dialogach. To właśnie język pomaga budować realistyczne postaci. W końcowej wersji tej sceny Danka dodała dialog między kapłankami:

– Przepraszam, ale czego możemy się spodziewać? – Głos Aleksy wyrwał ją z zadumy.

Elena odwróciła głowę do wnętrza dorożki. Dziewczyny spojrzały na Aleksę spode łba, jakby miały jej za złe, że przerwała ciszę. Elena poczuła, jak koleżanka obok niej sztywnieje.

– Niczego dobrego – odpowiedziała najtęższa z kapłanek, Sławka.

Pięć par oczu błysnęło w ciemnościach, kiedy wszystkie dziewczęta na nią zerknęły.

– Byłaś już tam? – Elena zdjęła palec z szyby i wytarła go o płaszcz.

Usłyszała dźwięk dzwoneczków zdobiących głowę Sławki, kiedy ta skinęła w odpowiedzi.

– Mnie ciągle wlepiają jakieś kary – jęknęła. – Pracuję w żłobku. Tam wiecznie wszyscy są niezadowoleni.

Reszta odmruknęła ponuro na znak, że rozumieją.

– Tak że tak, już zdarzyło mi się wylądować w tej dorożce, co nie. – Sławka poklepała siedzenie koło siebie. – A wy co przeskrobałyście?

– Jesteśmy uzdrowicielkami. – Elena szybko zerknęła w ciemności na Aleksę.

– I co, ktoś się porzygał po waszych pigułach z łoju nietoperza?

– My nie… – zaczęła Aleksa, ale Elena jej przerwała:

– Niestety ktoś ważny. – Machnęła ręką. – Skoro byłaś po tamtej stronie parę razy, możesz nam opowiedzieć, jak tam jest? Słyszałyśmy straszne rzeczy o mężczyznach z koszar.

– My nie robimy tabletek z łoju nietoperza. – Aleksa wychyliła się do przodu i natychmiast zgięła wpół, bo dostała od Leoni łokciem w żebra.

Naprzeciwko Sławki, koło Eleny, siedziały dwie podobne do siebie kapłanki, pewnie bliźniaczki. Wyglądały bardzo młodo, a przerażone, jasne oczy, które wlepiły w starszą koleżankę, jeszcze bardziej nadawały im wygląd dzieci.

– Przede wszystkim nie okazujcie strachu. – Sławka pochyliła się ku nim. – Mężczyźni są jak psy. Wywęszą wasz lęk.

Kapłanki pokiwały głowami. Elena poczuła, że się poci.

– Sporo piją, więc będą ogłuszeni. To dobrze, co nie? – Sławka rozłożyła dłonie. – Wy nic nie pijcie, choćby wam dawali. To przytępia zmysły. A jeśli zrobi się zbyt niebezpiecznie, po prostu uciekajcie.

– Tak po prostu? – Leonia przechyliła głowę. – Jak tchórze?

– Możecie im coś rzucić, żeby się tym zajęli. – Sławka poprawiła dzwoniący czepek. – To na chwilkę odwróci ich uwagę.

– Jedziemy do psiarni czy do koszar? – Elena uniosła brwi.

– No, nie zauważysz różnicy. – Tęga kapłanka uśmiechnęła się krzywo. – Widzę, że z was, uzdrowicielek, są chucherka, co nie? Więc w razie czego mnie wołajcie. Miejmy siebie nawzajem cały czas w zasięgu wzroku. Chodźmy dwójkami, nawet do ustępu.

Bliźniaczki pisnęły i przysunęły się jeszcze bliżej siebie. Sławka miała zaciętą minę, jakby szła na wojnę, ale te dwie dziewczynki nie wyglądały na żołnierzy.

Zwróć uwagę na to, że wypowiedzi bohaterek różnią się od siebie. Aleksa jest grzeczna i poprawnie formułuje zdania. Sławka jest wulgarna i gadatliwa, jej wypowiedzi są bardziej potoczne, przetykane tikami językowymi („co nie”). Elena bywa ironiczna („Jedziemy do psiarni czy do koszar?”). To właśnie za pomocą języka Danka opisuje nam te postaci.

Świetnie operuje też różnymi narzędziami technicznymi w tekście. Oprócz samych kwestii dialogowych widzimy też gesty bohaterek, które wskazują na ich emocje („Elena poczuła, jak koleżanka obok niej sztywnieje”). Często to, co dzieje się w języku ciała postaci, opowiada inną historię niż to, co dzieje się w wypowiedziach („– My nie robimy tabletek z łoju nietoperza. – Aleksa wychyliła się do przodu i natychmiast zgięła wpół, bo dostała od Leoni łokciem w żebra”). Widzimy też dyskretnie wplecione elementy opisu („Usłyszała dźwięk dzwoneczków zdobiących głowę Sławki, kiedy ta skinęła w odpowiedzi”), które sprawiają, że scena staje się wyraźniejsza w naszej głowie.

To właśnie takie detale oddzielają przeciętnego pisarza od naprawdę dobrego.

Powieść Danki, Ludzie bez dusz, możesz kupićna stronie wydawnictwa Prószyński.

Zostaw komentarz

0