W poprzednim poście pisałam o dwóch sposobach na tworzenie bardziej zrozumiałych tekstów akademickich. Dzisiaj chciałabym zająć się dwoma największymi mitami na temat stylu naukowego: przekonaniami, że należy w nim unikać osobowych form czasownika, a używać nominalizacji.

Strona bierna i bezosobowe formy czasownika

Kiedy na studiach pisałam eseje, nauczyciele podkreślali mi na czerwono wszystkie zdania, w których używałam słów takich „my” czy „ja”. „Styl naukowy powinien być bezosobowy” – słyszałam. Próbując nadać swojemu pisaniu ten „bezosobowy styl”, ochoczo używałam strony biernej: „zostało zrobione”, „zostało napisane”, „było policzone”. Dostałam prostą radę, do której stosowałam się bezrefleksyjnie, nie zwracając uwagi, jak wpływało to na moje eseje. A wpływało. Każda wybór stylistyczny, każda konstrukcja gramatyczna coś robi z tekstem i zmienia jego odbiór.

Co robi z tekstem strona bierna?

Po pierwsze sprawia, że artykuł jest mniej dynamiczny (czytaj – nudny). Joanna Wrycza-Bekier nazywa stronę bierną „wampirem energetycznym” i ma rację. To właśnie dlatego nie uświadczymy tego typu konstrukcji w powieści czy tekstach reklamowych. Powiedzmy sobie jednak szczerze – dynamika nie jest konieczna akurat w artykule naukowym. Jak ktoś szuka literackich podniet, to sięgnie sobie po thriller z topki Empiku, a nie po najnowsze wydanie „Science”.

Problem w tym, że czasami strony biernej wymaga językowych ekwilibrystyk, które bardzo utrudniają zrozumienie artykułu.
Porównajcie:

Tylko wyniki zadania uczenia się, w których używano tych samych słów, co zadanie rozpoznawania, są tu raportowane.

Tutaj raportujemy tylko wyniki zadania uczenia się, w których użyliśmy tych samych słów, co w zadaniu rozpoznawania.

Które zdanie jest prostsze? Oczywiście, że drugie. W pierwszym musimy przeczytać 15 słów, zanim załapiemy, o czym czytamy (o raportowaniu wyników). Niezrozumiały tekst naukowy to kiepski tekst naukowy i dlatego we wszystkich przypadkach, kiedy strona bierna utrudnia zrozumienie, powinniśmy użyć aktywnej formy czasownika.

Trzecim problemem strony biernej – i wszystkich innych bezosobowych form czasownika („można stwierdzić”, „policzono”) – jest to, że rozmywa odpowiedzialność. Nie wiemy, kto stwierdził, policzył i zrobił. Nie wiemy, czyje zdanie słyszymy w tekście. Tymczasem według mnie w artykule naukowym szalenie ważne jest oddzielenie tego, co twierdzą inni ludzie w literaturze przedmiotu od tego, co twierdzę ja jako autor. Dlatego zawsze bardzo starannie podkreślam w swoich tekstach, co jest moją hipotezą. Jak? Używam właśnie osobowych form czasownika: „Na podstawie literatury przewiduję/przewidujemy”, „Twierdzimy, że”, „Podjęliśmy decyzję”.

Czy recenzent się tego nie przyczepi?

Jeżeli boicie się, że zdania z aktywnymi czasownikami brzmią nienaukowo, to mogę tylko Wam powiedzieć, że ja we wszystkich swoich artykułach walę bez pardonu: „zrobiliśmy”, „policzyliśmy” i „postawiliśmy hipotezę” i nikt się tego nie czepia. W zeszłym roku opublikowałam cztery takie teksty w czasopismach z listy A, a dwa kolejne przyjęli mi do druku. Nikt nie zarzucał mi nigdy, że moje artykuły są „nie dość naukowe”. Jedyne uwagi stylistyczne dotyczą zawsze tego, że ktoś czegoś nie rozumie.

Nominalizacja

Gdzie strona bierna, tam nominalizacje. Nominalizacje to rzeczowniki od czasowników (np. „reakcja” od „reagować”). Akademicy kochają je, bo brzmią mądrze. I powstają wtedy takie perełeczki:

Amplitude envelope – the summation over time of the intensity fluctuations (amplitude modulations) in the different frequency channels in the speech signal.
(Obwiednia sygnału – suma fluktuacji natężenia dźwięku (modulacji amplitudy) na różnych kanałach częstotliwości w sygnale mowy w czasie)

(Goswami, 2011)

Powyższa definicja znajduje się w artykule z dziedziny psychologii poznawczej – w sekcji, która tłumaczy nowe pojęcia czytelnikom. Czy rozumiecie to nowe pojęcie, czytelnicy? Kiedy ja czytałam ten artykuł po raz pierwszy, musiałam odbyć małą wycieczkę do wujka google’a, żeby je skumać, a dodajmy, że jest ono kluczowe dla tekstu. Rodzi się pytanie – po cholerę marnować papier na pisanie takich definicji? Osoba, która nie zna tego terminu, nic z niej nie ma, osoba, która go zna, nie potrzebuje jej. Mamy tu typowy przykład tekstu, w którym autor nie myśli o odbiorcy.

Tekst naszpikowany nominalizacjami to koszmar czytelnika. Nie tylko jest nudny i mało dynamiczny, ale przede wszystkich – niezrozumiały. Kiedy czytamy cokolwiek, zawsze instynktownie szukamy podmiotu, orzeczenia i dopełnienia – chcemy wiedzieć, kto zrobił co komu. W tekstach z nominalizacjami te podstawowe jednostki zdania są ukryte, co zmusza nas do intensywnego tłumaczenia sobie „z naukowego na nasze”.

Porównajcie:

Efekt N400, sugerujący tendencję do semantycznego przetwarzania słów z akcentem języka ojczystego na głębszym poziomie niż słów z akcentem języka obcego, ma implikacje dla nauki języka drugiego.

Efekt N400 ma implikacje dla nauki języka drugiego. Sugeruje bowiem, że uczniowie przetwarzają semantycznie słowa z akcentem języka ojczystego głębiej niż słowa języka obcego.

Zauważcie też, że druga wersja, gdzie usunęłam kilka nominalizacji jest krótsza. Tyle wygrać!

W kolejnych odsłonie cyklu o zrozumiałych tekstach naukowych (ostatniej, mam nadzieję, bo ileż można) porozmawiamy o tym, jak odróżniać poprawną, precyzyjną terminologię naukową od „mądrych słów”, które tylko utrudniają czytanie. Napomkniemy też o strukturze tekstu i precyzji wyrażania myśli. Do zobaczenia!

Pozostałe wpisy cyklu:

Recenzent ma w nosie, czy brzmimy mądrze

Jak pisać, żeby recenzent zrozumiał – część 1

Jak pisać, żeby recenzent zrozumiał część 3


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *