Pisanie pierwszej wersji tekstu budzi lęk. Teraz, myślimy, wszystko się okaże. Będziemy ślęczeć nad tym monitorem, aż na czoło wypłyną nam krople krwawego potu. Będziemy siedzieć na tą pustą kartką. Ale przede wszystkim dowiemy się, oj, dowiemy, czy nasz pomysły i umiejętności pisarskie są cokolwiek warte.

Czyżby? Jak już kiedyś wspominałam, wylewanie z siebie szajsu jest naturalnym etapem pracy twórczej i sam Hemingway redagował swoje manuskrypty wiele razy. Oznacza to, że jakość pierwszej wersji nijak ma się do jakości produktu końcowego. Więc może dać sobie spokój z tą spiną i po prostu skupić się na pisaniu?

Mi pierwsza wersja służy po to, że wyrzucić z siebie słowa. Potem mogę ułożyć je w właściwej kolejności. Oczywiście można jednocześnie wymyślać tekst, pisać go i edytować. Ale to trochę jak jednocześnie stawiać ścianę, tynkować ją i malować. Taki sposób pracy jest dla mnie stresujący i nieefektywny. Dzisiaj proponuję więc wam, żeby nic nie wymyślać i nie poprawiać nic w trakcie pisania.

Wykorzystuję notatki i planuję proces

Zanim zabiorę się do tworzenia pierwszej wersji tekstu, przeglądam dokładnie wszystkie zapiski i plany, które stworzyłam sobie na etapie inkubacji i researchu (klik, klik) oraz planowania (klik, kilk). Bardzo często w moim dokumencie z manuskryptem jest już informacja o tym, co ma się pojawić w tekście, który zaraz napiszę.

Kiedy wszystkie notatki mam już przejrzane, nastawiam timer na 5 minut i wypisuję sobie wszystko, co powinnam zawrzeć w tekście, nad którym zaraz będę pracować. Innymi słowy robię mikroplanowanie, o którym wspominałam już tu i tu. Dopiero tak przygotowana zabieram się do roboty.

Jeden cel – wyprodukować słowa

Prawie zawsze piszę z timerem. Nastawiam go na 25 minut i jadę z koksem. W trakcie sesji pisarskiej mam jeden cel – wyprodukować słowa. Elizabeth Ayers porównuje pierwsze wersje tekstu do gliny, którą potem się obrabia. Glina nie musi być ładna. Musi po prostu być. Dlatego nawet jeśli widzę ewidentne błędy w trakcie pisania, to zazwyczaj ich nie poprawiam. Zależy mi na tym, żeby pisać, pisać, pisać. Żeby word count leciał.

Przede wszystkich unikam poprawek, które wymagają zastanowienia i wybijają z rytmu. Na przykład, jeśli w tekście są powtórzenia, to pod żadnym pozorem nie szukam do nich synonimów. Potem będę się zastanawiać, skąd wziąć cztery odpowiedniki czasownika „pisać”. Gdy nie do końca wiem, jak coś ująć, to piszę cokolwiek, a potem myślę, jak przedstawić to lepiej. Zostawiam dziwne, skomplikowane, zdania, ignoruję lanie wody. Jeśli coś wymaga ode mnie jeszcze researchu, to zaznaczam sobie to miejsce symbolami $$$ i pracuję dalej.

Brak spiny = lepszy tekst

Tak tworzone teksty na początku nie brzmią dobrze. Ale stanowią bazę, z którą da się wiele zrobić. Po wyedytowaniu bywają lepsze niż takie, w których autor cyzeluje każde zdanie. Dlaczego? Ponieważ dla wielu osób ślęczenie nad pierwszą wersją pracy jest po prostu nieprzyjemne. Męczą się okrutnie, zaciskają i czytelnik czuje tę mękę. Teksty pisane na luzie często mają więcej przestrzeni i lekkości. Co więcej, mogą zawierać ciekawe, nowatorskie rozwiązania ponieważ w trakcie tworzenia ich czerpiemy bardziej z naszej intuicji, a nie ze świadomego kombinowania.

Ważną zaletą tej techniki jest to, że wywołuje uczucie przepływu, które jest przyjemne. A jeśli coś jest przyjemne, to cześciej to robimy, ćwiczymy nasze umiejętności i jesteśmy coraz lepsi.

Czy taka technika pisania pierwszych wersji zawsze się sprawdza?

Mówiąc wprost – nie. Są ludzie, którzy po prostu lubią obracać w głowie każde zdanie w trakcie pisania. Sprawia im to przyjemność i produkują w ten sposób naprawdę świetne rzeczy (przykład). Są też teksty, które nie wymagają aż takiego rozbicia na etapy. Ja na przykład czasami piszę i jednocześnie edytuję moje notki blogowe. Są krótkie, nieformalne i poprawianie ich w trakcie pisania nie wybija mnie z rytmu.

Jednak im trudniejszy jest dla mnie tekst, im większa pokusa prokrastynacji, tym bardziej obniżam oczekiwania w trakcie tworzenia pierwszej wersji na tym. Wtedy moim jedym celem jest wyrzucić z siebie słowa i nic więcej. W taki sposób piszę w ten sposób prace, które budzą we mnie duży lęk – np. ważne artykuły naukowe.

Po co się męczyć?

Myślę, że kluczem do wyboru odpowiedniej techniki pisania jest przyjemność. Jeśli staranne układanie słów w przemyślany tekst daje nam radość, to wspaniale. Natomiast jeśli pisanie jest dla nas udręką (a od moich kolegów w akademii ciągle słyszę, że jest), to może warto spróbować czegoś innego. Po co się katować? U mnie oddzielenie pisania od edycji okazało się absolutnie przełomowe i sprawiło, że stałam się lepszą i bardziej produktywną pisarką.

Inne wpisy z serii:

Część pierwsza – Inkubacja i research dla tekstów naukowych

Część druga – Inkubacja i research dla tekstów literackich

Część trzecia – Planowanie tekstów naukowych

Część czwarta – Planowanie tekstów literackich


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *