“Kiedy ludzie przychodzą na mnie na kursy powieściowe, bardzo mocno odradzam im komplikowanie ich książki. Każę im wybrać jeden typ narracji, a poza tym skupić się na bohaterze i na historii.” – głos Marii, mojej nauczycielki, brzmiał bardzo stanowczo. Trochę zdębiałam, kiedy usłyszałam te słowa. Jak to? Żadnych powieści szkatułkowych? Żadnych eksperymentów z narracją? Przecież ja – angliska z pasją literaturo-znawczą – kocham takie literackie bajery! Lubię o nich opowiadać kursantom, lubię czytać książki, gdzie są dobrze użyte, a i sama od nich nie stronię. “Nie w debiucie” – Maria z konsekwencją buldożera burzyła mój światopogląd. “Kiedy uczysz się piec, nie zaczynasz od robienia trzypiętrowego tortu, tylko od prostego biszkoptu”.

Przez kolejny tydzień przeżuwałam te słowa. Zaczęłam myśleć o dobrych książkach, które ostatnio przeczytałam. Niektóre z nich, jak powieść “Tatulo” Joyce Carol Oates, rzeczywiście robiły cuda z narracją, a efekt końcowy był świetny. Inne, takie jak “Strupki” Pauliny Jóźwik, były bardzo proste. Jedna główna bohaterka, jedna historia, jeden punkt widzenia.

Przyjrzałam się również swojemu własnej twórczości. Kilka lat temu zaczynałam pisać kusiły mnie formalne fikołki. Planowałam wiele punktów widzenia, narracyjne wstawki z zupełnie innego porządku niż reszta tekstu, zabawy stylistyczne. Teraz nadal mnie pociągają te wszystkie świecidełka, ale powieść, którą teraz poprawiam, przede wszystkim upraszczam. Wykreślam dodatkowe punkty widzenia i skupiam się bardziej na języku i dopracowaniu historii. W resultacie całość nabiera większej spójności.

Zdałam sobie też sprawę, że kiedy mówię o pisaniu akademickim też radzę ludziom przede wszytkim każę im upraszczać. Nie kombinować ze strukturą. Skracać zdania. Wyrzucać wszystko, co nie jest potrzebne. Dlaczego? Dlatego, że takie teksty są bardziej zrozumiałe, lepiej przekazują mu naszą myśl i łatwiej się je czyta. A przecież o ile te cechy są absolutnie kluczowe w tekstach użytkowych, to zwiększają też atrakcyjność tekstu literackiego u wydawcy i czytelnika.

Myślę, że często dajemy się uwieść bogactwu literatury. Zaczynamy pisać nowy tekst i widzimy przed sobą nieskończone możliwości, cały arsenał środków wyrazu i narracyjnych trików. Kiedy zabierała się do swojej pierwszej powieści, czułam się jak dziecko, które ktoś wpuścił do cukierni. Ukończenie filologii i świadomość tego, co można zrobić z tekstem, potęgowały ten efekt. Czasami jednak ten nadmiar przytłacza. Może sprawić, że nigdy nie skończymy naszego tekstu, że książka będzie bardzo trudna w poprawianiu albo niezrozumiała.

Staram się o tym pamiętać, chociaż nadal kocham literackie bajery. I kocham też książki, które od nich nie stronią. Uczę się jednak doceniać prostotę – w pisaniu swoim i cudzym. Przypomniałam sobie, że David Lynch pośród swoich dziwnych, pokręconych filmów takich jak “Mullholland Drive”, nakręcił też świetną “Prostą historię”. Prostota, jak widać, jest dla wszystkich


2 Komentarze

Paula · 28 maja 2020 o 11:48

Zgadzam się totalnie! Taki pisarski minimalizm jest często też o wiele bardziej szlachetny. I daje więcej swobody twórczej, mimo, że pozornie ogranicza.

    Marta Marecka · 28 maja 2020 o 11:53

    Tak, czasami narzucanie sobie pewnych ograniczeń może być super twórcze!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *