Dzisiejszy post wpędzi zapewne wszystkich korektorów i miłośników języka polskiego w stany przedzawałowe. Z góry bardzo przepraszam. Musiałam to jednak powiedzieć. Poza tym jest to ten post, który chcę mieć na blogu, żeby odsyłać do niego w razie gównoburz internetowych.

Ja, Marta Marecka, trenerka pisania, doktor nauk humanistycznych w dziedzinie językoznawstwa, autorka kilkunastu artykułów naukowych o języku, nie szanuję tego języka w ogóle. No, totalny brak szacunku. Błędy językowe w ogóle mnie nie ruszają na poziomie emocjonalnym. Zanik biernika nie spędza mi snu z powiek. Nie opłakuję śmierci wołacza. Zwisa mi, czy ten mężczyzna poszł czy poszedł do pracy i czy ubrał się w koszulę, czy też ubrał koszulę. Nie zrozumcie mnie źle. W tekstach naukowych, recenzjach czy jakichkolwiek tekstach na zlecenie piszę, że poszedł, ubrał się w i że do swej lubej mówił “Michalino!”. Jeśli zdarzy mi się nie zastosować do zasad ustalonych przez Radę Języka Polskiego i ktoś mi zwróci uwagę, to grzecznie poprawiam, a za poprawkę dziękuję. Ale nabożny stosunek do normy językowej i społeczne potępienie tzw. “błędów językowych” nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Bo jestem językoznawcą akademickim. A to skrzywia człowieka.

Zanik przypadków jak grawitacja

Językoznawca akademicki (deskryptywny) to ktoś, kto bada język jako zjawisko. Opisuje je, ale go nie ocenia. Obserwuje ten ciągle zmieniający się żywy twór i te przemiany rejestruje. To, że w polskim ludzie przestają używać wołacza albo “poproszą tą bułkę” nie smuci go tak, jak grawitacja nie smuci fizyka.

Czy uproszczenie systemu gramatycznego w języku polskim zubaża go? Może i zubaża. Ale zanikanie przypadków w językach jest naturalnym procesem. Angielski miał ich kiedyś pięć. Dziś zachowały się formy szczątkowe, bo Anglosasom w 1066 na chatę wjechali Normanowie i zaczęli mówić po normandzku, a potem po francusku. Język angielski stał głównie językiem wieśniaków, a ci nie byli zainteresowani zachowywaniem piękna staro-angielskiej deklinacji. Polski też zresztą został zubożony gramatycznie – kiedyś mieliśmy liczbę pojednyczą, mnogą i podwójną, ale ta ostatnia wyginęła niczym dinozaury. Języki mają tendencję do upraszczania gramatyki, wprowadzania dziwnych, zawiłych i nielogicznych form oraz kodyfikowania tego, co komuś się kiedyś przesłyszało. Na przykład słowo “pomarańcza” w języku francuskim (orange) prawdopodobnie pochodzi z arabskiego nāranj, w którym ktoś wziął początkową głoskę “n” za kawałek poprzedzającego słowo rodzajnika. Historia języka to historia omyłek.

Błąd językowy jest konwencją

No dobrze, ale w takim razie czym jest “błąd językowy”? Konwencją. Taka konwencja powstaje, kiedy jakaś grupa trzymająca władzę postanawia skodyfikować zasady danego języka. W ten sposób powstaje norma językowa. Często twórcy takich norm muszą według swojego uznania podejmować decyzje – co jest obowiązujące, a co jest błędem.

Czy normy językowe mają sens? Z punktu widzenia językoznawsta akademickiego – nie bardzo. Ale z punktu widzenia praktycznego – owszem. Dobrze jest ustalić jedną wersję tego, jak się mówi, po to, aby ułatwić komunikację na przykład w jednego kraju. Jeśli nie wprowadzi się ogólnonarodowego standardu, to język, którego naturą jest zmieniać się, wyewoluuje w wiele różnych dialektów, które po pewnym czasie stają się do siebie całkiem niezrozumiałe. To się dzieje z wieloma językami plemiennymi, które cały czas zmieniają się, rodzą i umierają.

Normy językowe są więc przydatne. Ale ze swojej natury są też odklejone od rzeczywistości, bo każdy z nas zmienia jakoś język. To, jak mówi Rada Języka Polskiego i to, jak mówi Wiesiek z tramwaju, to dwa różne narzecza. Dlatego też jeśli językoznawca akademicki chcę sprawdzić, jak różni się język Polaków mieszkających na emigracji od tych przebywających w Polsce, to nie porównuje wypowiedzi emigrantów z normą językową. Porównuje je z wypowiedziami ludzi w Polsce w podobnym wieku i o podobnym poziomie wykształcenia. Dla każdego eksperymentu tworzy “normę” na nowo dla konkretnej grupy.

Znać normę i przed nią nie klękać

Jakie to ma znaczenie dla pisarza? Ano spore, ponieważ warto sobie zdawać sprawę z tego, że ludzie normą nie gadają – nawet tą tak zwaną “użytkową”. Jeśli rzeczywiście “powieść jest zwierciadłem, które obnosi się po gościńcu”, to to zwierciadło nie będzie ukazywać języka z wyobrażeń Rady Języka Polskiego. Będzie ukazywać żywy twór. Z błędami. Ma to ogromne znaczenie dla pisania, na przykład, realistycznych dialogów.

Pisarz musi znać normy językowe, bo trzeba stosować je w oficjalnych tekstach, artykułach naukowych czy technicznych, czy nawet w narracji powieściowej. Ale moim zdaniem warto zdawać sobie sprawę z tego, czym są i jakie naprawdę jest ich znaczenie.

Dla mnie problem normy językowej i “pięknej polszczyzny” przez długi czas był jak uwierający gorset. Bo to, co mi „brzmiało” i to, co uznawane za poprawne i słuszne, nie zawsze się ze sobą zazębiało. Tak naprawdę pisanie sprawia mi najwięcej radości, kiedy wchodzę w te językowe krzaczory. Kiedy babram się w tych wulgaryzmach, w tych naroślach i zrakowaceniach lingwistycznych. Wtedy czuję, że to jest prawdziwe.

To jest powód dla którego ten blog wygląda, jak wygląda. Jest techniczny i zarazem kolokwialny. Jest wulgarny. Tutaj piszę dokładnie tak, jak mówię. Słyszałam od kilku znajomych, że kiedy mnie czytają czują się tak, jakby mnie słuchali. Nie ma dla mnie większego komplementu.

Moim zdaniem dobry pisarz zna bardzo wiele odmian języka i traktuje go jak swoje tworzywo. Bez szacunku.


1 Komentarz

Joanna · 13 czerwca 2019 o 09:44

Znać normę i przed nią nie klękać… Świetny tekst, jak zawsze. No, totalny szacun 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *