Dzisiaj mam dla Was coś ekstra. Pomyślałam, że oprócz pisania własnych notek zaproszę do współpracy pisarzy, poetów czy specjalistów, którzy mogą podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat pisania i wydawaniu. Na pierwszy ogień poszła Renata. Renata napisała baśń dla dorosłych i zdecydowała się wydać ją sama. W tej rozmowie opowiada o swoim procesie pisania i o tym, kiedy warto zdecydować się na self-publishing.

fot. Michał Zięba

MM Kiedy i dlaczego zaczęłaś pisać?

RR Zaraz jak tylko nauczyłam się czytać i odkryłam, jakich wspaniałych emocji i przygód dostarczają książki. Od razu postanowiłam, że będę pisać.

Jesteś tłumaczką literatury ukraińskiej. W jaki sposób kontakt z tą literaturą i doświadczenie tłumacza wpłynęło na Twoje własne pisanie? 

RR Zasadniczo. Głównie ze względu na to, że miałam okazję porządnie przeszlifować warsztat, sprawdzić się w wielu, bardzo różnych stylach. Przez pięć lat z rzędu brałam udział w organizowanych przez OBTA warsztatach translatologicznych. To było wyjątkowe doświadczenie, nauczyło mnie precyzji wypowiedzi, przywiązywania wagi do kontekstu, używania języka jako narzędzia budowania nastrojów. Nauczyłam się bawić słowem, cenić je, kochać, szanować i go nie nadużywać. Wbrew pozorom nie jest to proste 

Napisałaś książkę bardzo nietuzinkową – baśń dla dorosłych. 

Okładka książki

Sto siedemdziesiąta pierwsza podróż Bazylii von Wilchek

 

RR Jest to bardzo wygodna, choć zapomniana figura do pokazania pewnych wewnętrznych transformacji na planie metafizycznym, ale tak, żeby całość nie brzmiała zbyt pompatycznie. W baśni żart, czy przerysowana metafora są dozwolone. Baśń działa na podświadomość poprzez nośne obrazy, które umożliwiają sięgnięcie w głąb różnych doświadczeń, przeżyć czy wręcz traum, bez bezpośredniości, nachalności. Baśnie są terapeutyczne, nie będąc terapią samą w sobie. A że dla dorosłych? No cóż, pierwotnie baśń jako gatunek była przeznaczona dla dorosłych. To, co czytamy swoim dzieciom, to daleko odkształcone echa swoich pierwowzorów.

Kiedy zakiełkował Ci na nią pomysł? Jak się rozwijał? 

RR Pomysł pojawił się przypadkiem. Można powiedzieć, że cała powieść powstała z żartu o tym, że moja znajoma poszła kupić buty w góry, a wróciła z fotelem. Zaczęło się więc od fotela i od tego, że idealnie byłoby podróżować nim w góry. Tak powstał zarys postaci Bazylii, a jak już zaczęłam go spisywać, to wkręciłam się w tę postać i opowieść potoczyła się dalej. 

Kiedy postanowiłaś, że napiszesz tę książkę? 

RR Tak, jak wspomniałam – postanowiłam, że będę pisać, jak tylko nauczyłam się czytać. Zawsze pisałam, takie czy inne formy, po prostu nie kończyłam ich z braku czasu, który zabierało wychowywanie syna. Pisanie wymaga całkowitego skupienia, pochłania całą moją uwagę, dlatego długa, niemal dwuletnia praca nad dokończeniem opowieści o Bazylii, stała się możliwa dopiero wtedy, gdy syn dorósł i przestał mnie potrzebować w takim zakresie, jak wcześniej.

Jak wyglądała Twoja praca nad książką? Robiłaś plan czy pisałaś spontanicznie? 

RR U mnie zwykle najpierw pojawia się postać, którą widzę w jakieś ściśle określonej, często kulminacyjnej sytuacji. Zastanawiam się, co to za historia, dokąd prowadzi, o czym opowiada i jak się kończy. Zapisuję takie luźne, ogólne notatki, a kiedy już siadam do pisania, to po prostu je rozpisuję, uzupełniam, dopowiadam. Do Bazylii nie było żadnego planu, bo pojawiła się spontanicznie, więc od razu zaczęłam ją rozpisywać szerzej.

Jak długo zbierałaś pomysły do książki? 

RR Początkowo nie planowałam robić ze „Sto siedemdziesiątej pierwszej podróży Bazylii von Wilchek” powieści. Miała być tylko zabawną opowiastką o ekscentrycznej hrabinie, która mieszka w obrotowej latarni i podróżuje fotelem. Miała się skończyć, gdy Bazylia dociera w góry do pensjonatu, bo to była realistyczna historyjka sytuacyjna z moją znajomą. Ale potem, kiedy doszła Pani Mi i zjawiła się Pola, całość poszybowała w Himalaje i do mojego ukochanego Bhutanu i tam już było wiadomo, że wrzucę trochę mitologii, że pojawią się gadające zwierzęta i różne magiczne postaci. Pomysły przychodziły same, raczej musiałam się dyscyplinować i odsiewać je, żeby nie przeładować książki niepotrzebnie. Choć i tak wyszła napakowana znaczeniami, kontekstami i odniesieniami. 

Czy od razu napisałaś ją tak, jak chciałaś, czy edytowałaś potem poszczególne rozdziały?

RR Rok pisałam, rok przepisywałam. Trzeba było pilnować logiki zdarzeń i trzymać się też pewnych realiów. Nigdy nie byłam w Bhutanie, a zrobiłam z tego królestwa prawie osobnego bohatera. Sporo czasu zajęło mi przeczesywanie internetu w poszukiwaniu najdrobniejszej wzmianki o tym dziwacznym kraju, gdzie miarą bogactwa człowieka jest jego poczucie szczęścia. W ostatecznej wersji zmieniłam też podróż fotelem na podróż pojazdem napędzanym energią Pola Punktu Zerowego, a do tego musiałam skonstruować wiarygodny silnik. Bazylia uruchamia go swoją wolą, no ale mimo wszystko całość musiała się jako tako trzymać przynajmniej podstawowych założeń fizyki kwantowej. Osiem razy go przebudowywałam, zanim stwierdziłam, że jest w porządku i zanim kolega, z którym konsultowałam ten fragment, przestał widzieć jakieś oczywiste nieścisłości.

Dlaczego zdecydowałaś się na self-publishing? 

RR To jest dobry czas dla „selfów”. Rynek książki w Polsce jest trudny i wydanie się w wydawnictwie też niczego nie gwarantuje. Ja cały czas miałam w głowie obraz jak najlepiej wydanej książki, na pięknym papierze, klimatycznie zilustrowanej. Mało prawdopodobne, żeby któryś wydawca zechciałby zainwestować tyle pieniędzy w coś, co jest de facto debiutem, a nie wpisuje się w żaden popularny gatunek. Poza tym, przez ponad piętnaście lat współpracowałam jako tłumaczka z kilkoma bardzo dobrymi wydawnictwami i znałam wiele procesów wydawniczych od podszewki. Nie miałam problemu z rozumieniem kolejnych etapów, plus oczywiście cały czas korzystałam z pomocy przyjaciół wydawców i dużo czytałam, co piszą inni self-publisherzy. 

Co było najłatwiejsze, a co najtrudniejsze w procesie wydawania? 

RR Najtrudniejsze oczywiście zawsze są pieniądze. Miałam dość dobrze wyliczony budżet, a i tak niespodziewane wydatki znacznie go podniosły. Zawsze jest to pytanie o ryzyko swoich kalkulacji. Albo przeliczysz się w tym, albo w tamtym. Nie mam też zbyt dobrego instynktu biznesowego, więc dla mnie ważniejsze było jak najładniejsze wydanie książki, niż skalkulowanie, czy naprawdę opłaca się tyle dawać za papier, czy wstawiać kapitałki, czy kłaść lakier, albo czy naprawdę warto inwestować w najdroższą, półręczną oprawę zintegrowaną. Może lepiej byłoby walnąć twardą i mieć z głowy. Ja poszłam w zmysłową przyjemność obcowania z książką, dlatego koszt jej był spory. Nie żałuję, bo to moje wypieszczone dziecko, które zresztą jest doceniane przez czytelników. 

Jakie masz rady dla osób, które chcą wydać własną książkę? 

RR Po pierwsze zapisać się do grupy „Jak wydać książkę”. Prowadzi ją doświadczona i rozsądna Kinga Rak z Twardej Oprawy. Zanim podejmie się jakiekolwiek kroki w stronę wydawania w selfie albo w tradycyjnym wydawnictwie, warto porządnie się zastanowić, co jest dla danej osoby najwłaściwsze. Każdy ma inne zestawy mocnych i słabych stron, więc jedne przydadzą się przy ogarnięciu samego wydania, inne przy sprzedaży, a inne w ogóle staną na przeszkodzie do samowydania. Bo czego by nie mówić o self-publishingu – nie jest to tak łatwe jak się wydaje i nie każdy się do tego nada. Głównie w zakresie promocji i sprzedaży.

Co jest dla Ciebie najtrudniejsze, a co najłatwiejsze w pisaniu? 

RR Najprzyjemniejsze jest samo pisanie, najtrudniejszy jest czas, czy raczej brak czasu i wynikające z tego rozproszenia. Niekiedy brakuje inspiracji i wtedy czas nie ma znaczenia, bo i tak jest go za dużo.

Masz niezwykle bogaty życiorys. Pracowałaś naukowo, tłumaczyłaś książki, tresowałaś psy, wreszcie otworzyłaś własną knajpę. Jak znajdujesz czas na pisanie? 

 

RR Właśnie o tym mówię – czas. W tej chwili mam całkiem komfortową sytuację, bo nie pracuję na stałe, tylko co parę tygodni/miesięcy robię jakiś projekt. On mnie wyłącza z pisania na kilka tygodni, ale pozwala na zdobycie nowych doświadczeń, obserwacji, pomysłów i przede wszystkim dystansuje emocjonalnie od tego, co już napisałam. Natomiast te wszystkie prace i czynności, wykonywane kiedyś w przeszłości to taki wielki worek z którego mogę wyciągać postaci, zdarzenia, sytuacje, emocje i pomysły. Im więcej interakcji z ludźmi, tym bogatsze staje się życie wewnętrzne i tym łatwiej jest potem pisać. Tak mi się wydaje, że do pisania trzeba obcować z ludźmi, nie tylko z książkami. I oczywiście potem ważne są te długie momenty ciszy, w których nie kontaktujesz się z innymi, tylko ze sobą i swoimi bohaterami. 

Czyli piszesz zrywami, czy regularnie? 

RR Ze względu na te projekty pewnie bardziej zrywami, ale staram się, żeby zrywy trwały jak najdłużej. Czyli zagęszczam czas, kiedy działam poza domem, robię jak najwięcej i jak najintensywniej po to, żeby potem mieć parę tygodni czy miesięcy na siedzenie w domu nad książką. 

Pracujesz obecnie nad nową powieścią. O czym będzie i czy też zamierzasz ją wydać w self-publishingu? 

RR Właściwie już ją kończę. „Tatiana i pan Wogelkow” to inna historia od Bazylii. Jest realistyczna, osadzona w Krakowie i już w oczywisty sposób da się ją nazwać powieścią czy powieścią psychologiczną. Opowiada o dwójce bohaterów, z których każde zmaga się z piętnem, jakie odcisnęły na nich społeczeństwo, matka i babka. Jak zwykle interesuje mnie wewnętrzna transformacja to, co wydarza się na zakręcie życia pod wpływem zetknięcia z drugą osobą. Poruszam tu temat destrukcyjnej mocy kobiecej, depresji, nerwicy natręctw i niespełnionych miłości, ale jak to u mnie – z pewnym przymrużeniem oka, bez demagogii za to, mam nadzieję, motywująco. Teraz oczywiście czeka mnie długotrwały proces przeredagowywania, a potem wydawania, bo – oczywiście – też chcę ją wydać we własnym wydawnictwie. Tu muszę dodać, że właściwie nie jestem takim standardowym selfpublisherem – na potrzeby operacji sprzedażowych i rozliczeń Bazylii von Wilchek założyłam z bratem wydawnictwo Naturalnie. W przyszłości może wydam również cudze książki w podobnej konwencji, to znaczy zilustrowane i ładnie wydane. Na razie przyjęłam metodę małych kroków.

Gdybyś mogła teraz dać sobie z przeszłości jedną radę dotyczącą pisania, jaka to byłaby rada?

RR Raczej nic spektakularnego nie powiedziałabym sobie. Wydaje mi się, że wszystko było OK, po prostu nie wiedziałam o tym, że jest OK, więc trochę miotałam się w tej niepewności. Powiedziałabym pewnie, że warto sobie ufać i warto być dla siebie łagodną, warto samą siebie wspierać w tym, co się aktualnie robi, wierzyć w to i w siebie i nie przejmować się tak bardzo zewnętrznymi okolicznościami. Po prostu trzeba być sobą i troszczyć się o siebie, najlepiej jak się da. Życie samo się układa jak należy, nie można mu tylko w tym przeszkadzać.

Renata Rusnak – rocznik 1974, pisarka, blogerka, self-publisherka, tłumaczka literatury ukraińskiej. Inicjatorka wydarzeń kulturalnych i kulinarnych, propagatorka świadomego życia i odpowiedzialnych wyborów konsumenckich.

Matka trzech kotów, jednego syna – kontrabasisty jazzowego oraz własnego
wewnętrznego dziecka. W kuchni uzależniona od jabłek i kapusty, w życiu
od pasji i słabości.

Jej książkę możecie znaleźć na: http://renatarusnak.com/ksiazka/


2 Komentarze

Joanna · 9 kwietnia 2019 o 12:18

Co za cudo…. Jak tylko dostane jakiś przelew zaraz zamówię sobie tę książkę. I świetny wywiad, Marta, max konkretny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *