Jako trenerka pisania i jako osoba pisząca czuję pewien paradoks. Z jednej strony chciałabym być produktywna i chcę uczyć ludzi, jak być produktywnym w pisaniu. Na warsztatach, na blogu, w postach daję dużo wskazówek, jak uczynić proces pisarski szybszym i bardziej efektywnym. Te wskazówki doskonale działają u mnie jeśli chodzi o pisanie akademickie i jeśli chodzi o pisanie bloga. Ale nie zawsze działają w przypadku tekstów literackich. Są takie okresy, kiedy piszę bardzo dużo i bardzo regularnie. Są i takie, kiedy nie piszę prawie nic. Pytanie: czy to na pewno źle?

Skąd się biorą literackie przestoje?

Okresowe posuchy w pisaniu tekstów literackich moim zdaniem mogą mieć kilka przyczyn. Może być tak, że po prostu nie mamy o czym pisać albo nie mamy na coś pomysłu. Tak się często dzieje, kiedy uprawiamy rabunkową gospodarkę naszej wyobraźni – czerpiemy z niej, ale nie napełniamy jej dostateczną ilości obrazów i doświadczeń, i nie wypoczywamy. Drugą przyczyną może być brak uważności czy odruchu podążania za swoimi pomysłami. Z tymi dwoma przyczynami można pracować – odpocząć, napełnić się inspiracją, ćwiczyć rozwijanie pomysłów, pogadać z przyjaciółmi o fabule książki. Ale jest jeszcze trzecia przyczyna, której ciężko jest szybko zaradzić. Jest nią brak emocjonalnej gotowości do pisania. Nie chodzi to u strach przed pisaniem, ale to że nie jesteśmy w stanie w danym momencie pracować za materią naszych uczuć, problemów i traum.

Zejść do ciemnego miejsca

Literatura karmi się naszymi emocjami. I nie zawsze są to emocje łatwe. Często pisanie oznacza eksplorowanie ciemności, która w nas drzemie. Mawiam, że w kiedy piszę, jestem najbardziej sobą. Ale niekoniecznie tą sobą, która produktywnie idzie do pracy z uśmiechem na ustach, radośnie wyprowadza psa i pichci zupę dyniową. Murakami pisze o tym bardzo dobitnie w książce „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”. Porównuje w niej literaturę do ryby fugu, w której najsmaczniejsza część jest tą najbliżej trucizny. Pisarz codziennie musi pracować blisko emocjonalnej trucizną, która leży głęboko ukryta w każdym człowieku. Ja nazywam tę toksyczność “ciemnym miejscem”. Ciemne miejsce to wstyd, o którym nie mówimy na terapii, to chłód i agresja, to obsesyjność, którą starannie chowamy przed ludźmi. Na codzień drzwi do tego miejsca są zamknięte. Jesteśmy na powierzchni, gdzie jest jasno i czysto, gdzie są dobre maniery i bullet journale. Ale kiedy piszemy, schodzimy na dół. Zanurzamy się w ciemność, oświetlamy latarką brudne ściany. W kącie coś się tam sączy, a my podchodzimy, przyglądamy się tym zaciekom, dotykamy ich trochę z obrzydzeniem, a trochę z fascynacją. Z głębi ciemnego miejsca wyrastają dobre teksty. Prawdziwe teksty. Teksty, z którymi ludzie się utożsamiają. Teksty, które dają głos tym, którzy wstydzą się mówić o swoich doświadczeniach.

Ale schodzenie w ciemność nie jest łatwe. Regularne obcowanie z problemami i trudnymi emocjami i wyciąganie ich na światło dzienne może nas skrzywiać. Gillian Flynn, pisarka która wie więcej niż ktokolwiek inny o mroku, pisze w swoim biurze w piwnicy i mówi, że oczyszczenie się ze wszystkiego, o czym pisze w swoich książkach jest koniecznością przed powrotem do „świata na górze”.

Nie zawsze warto się spieszyć

Dlatego chociaż są pisarze, którzy piszą bardzo dużo i szybko, nie dla każdego będzie to dobra ścieżka. Czasami pisze się wolno. Czasem trudno jest przejść przez jakiś tekst, bo jest to emocjonalnie po prostu trudne. Czasami nie mamy siły zejść do ciemnego miejsca. I to jest ok. Myślę, że powinniśmy traktować się w takich sytuacjach z łagodnością. Iść małymi kroczkami. Robić przerwy. Takim tekstom warto dać trochę czasu. W tym wypadku to nie produktywność powinna być naszym priorytetem.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *