Sierpniowe słońce oblewa mi twarz.

Obok drepcze Zbylu. Idziemy właśnie kładką Bernatka – mostem łączącym Podgórze i Kazimierz – więc jest ostrożny, uważny. Boi się wysokości. Na chwilę przystaje i cicho skamle. Daję mu czas, a sama patrzę w górę na rzeźby umieszczone na rusztowaniach mostu. Na cienkich linach wiszą stalowi akrobaci: dziecko balansujące na piłce, mężczyzna skręcony w nienaturalnej pozie. W umyśle pojawia mi się obraz. Mała dziewczynka unosi się w powietrzu. Jej plecy wygięte w tył, szczupłe ręce zwisają po bokach, blond włosy powiewają na wietrze. Ma zamknięte oczy i ubrana jest w różową, brudną sukienkę. Jeszcze nie wiem, co to znaczy, ale wiem, że ten obraz coś we mnie budzi. Wyciągam notatnik i opierając się o barierkę mostu zamykam w nim dziewczynkę, zanim zniknie mi z oczu na zawsze.

Kilka dni później wchodzę do tramwaju i widzę dwudziestolatkę o delikatnej, porcelanowej twarzy. Ma jasne, różowawe włosy przypominające puch. Spod lejącej się bluzki wystają szczupłe ramiona. Na pewno pracuje w barze – myślę – i ma jakąś tajemnicę. Może umie tworzyć niesamowite iluzje świetlne – splatać z promieni słońca obrazy ptaków i drzew. Magiczny talent czarujący, ale całkowicie bezużyteczny. Wstydzi się, więc nie korzysta z niego od wielu lat. Wyciągam zeszyt i zapisuję wszystko, zanim wysiądzie na kolejnym przystanku.

Te obrazy przychodzą do mnie gdziekolwiek jestem – jeśli tylko jestem dość uważna.

Pocztówki od świata. Dziewczyna wplatająca czerwone wstążki we włosy. Ogłoszenie na ścianie, że znaleziono okulary. Nocna impreza u fryzjera. Facet w białej koszuli i spodniach w kancik biegnący gdzieś na złamanie karku. Czasami to tylko dźwięk, urywek zdania. Czasem gest. Sposób, w jaki starsza kobieta patrzy na przewodnika wycieczki oczami błękitnymi jak woda. Mężczyzna dyskretnie muskający dłonią plecy towarzysza. Wszystko to zamykam w notesie. Wiem, że pewnego dnia otworzę go, a wszyscy ludzie, których tam włożyłam, wyskoczą na mnie z impetem i zaczną ze sobą gadać. Dziewczynka w powietrzu i świetlna barmanka okażą się siostrami. Mężczyzna w białej koszuli zostawi po pijaku kartkę z miłosnym wyznaniem koledze z pracy. Rano, kiedy wytrzeźwieje, popędzi do firmy, aby zdążyć odebrać liścik, zanim ten trafi do adresata. Ale będzie za późno. Kolega delikatnie muśnie mu dłonią plecy przy wejściu.

Wiem też, że pewnego dnia zaczną przychodzić do mnie fragmenty paragrafów. To będzie na jakimś spacerze. Być może będę miała w głowie już cały gotowy tekst. A być może trzeba będzie usiąść przy biurku, rozłożyć przed sobą te wszystkie obrazy, fragmenty, zdania i ułożyć je w całość. Kiedy z tego chaosu luźnych elementów zacznie wyłaniać się historia, mogę otworzyć nowy plik w komputerze i zacząć pisać.

Pisanie to czynność zbieracko-łowiecka.

Cierpliwe kolekcjonowanie pocztówek od świata, domyślanie do nich dalszego ciągu, łączenie w całość. Wpisanie słów w pusty dokument to zaledwie ostatni etap tego procesu. To wymaga uważności, czasu. Ale często zdarza mi się o tym zapominać. Pędzę dwieście na godzinę przez dni i tygodnie i nie zatrzymuję się nawet na moment. Pory roku migają mi za oknem, miesiące zbijają się w bezkształtną masę. Trochę to wina mojej pracy, w której wszyscy chcą wszystkiego szybciej, szybciej, więcej, więcej, a trochę moja własna. Bo jestem niecierpliwa, muszę mieć na teraz i gnam przed siebie.

Pewnego dnia jednak okazuje się, że siadam przed komputerem i nie mam, co napisać. Wyczerpałam zapas obrazów. Milknę na miesiące, coraz bardziej sfrustrowana, aż wreszcie z impetem zatrzymuję się w biegu. I wtedy biorę głęboki wdech. Zabieram Zbyla na długi spacer, idziemy na Podgórze. Słońce oblewa mi twarz, a jemu głaszcze futrzany pyszczek. Patrzę na ludzi, idących mostem. Wyciągam notatnik. Zbieram pocztówki.


4 Komentarze

Kasia · 17 czerwca 2019 o 14:05

Wzruszające i poruszające 🙂

Joanna · 2 maja 2019 o 19:13

O, jaki piękny tekst wylosowałam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *