Przejdź do treści Przejdź do paska bocznego Przejdź do stopki

Wyszedłem na pustynię. Byłem nagi, pot zasychał na mojej skórze w słony osad. Moje bose stopy dotykały parzącego piasku, moje ręce osłaniały oczy, kiedy wpatrywałem się w nieskończoną przestrzeń przede mną. Brak boga był obezwładniający. Nie było go w milionie ziarenek krzemu, które zebrały się tu przypadkiem, nie było w bezkresie nieba i w palących promieniach słońca. Był ogrom chaosu, ogrom natury i moje małe życie, które nie znaczyło nic dla nikogo, nie miało przyczyny i nie miało celu. Moja śmierć byłaby tylko epizodem, nie miałem tu nawet statusu statysty. Upadłem na kolana, ale odebrano mi przecież modlitwę. Wstałem więc, poszedłem przed siebie, rozpocząłem podróż.

Zostaw komentarz

0.0/5

0