Czasami mam wrażenie, że wielu akademików nie traktuje pisania z taką powagą, jaką powinni. O ile często dokształcamy się w dziedzinie statystyki, metodologii czy programowania (co jest super), to naukę pisania akademickiego traktujemy trochę per noga. Letnich szkół pisarskich jest bardzo mało. Na studiach doktoranckich zajęcia z pisania są w moim odczuciu za krótkie i w wielu przypadkach źle prowadzone. Znam kursy pisania akadamickiego, na których w ogóle się nie pisze. Równie dobrze można chodzić na kurs pływania, na którym się nie pływa.

Ludzie też zdają się często bagatelizować jak ważne jest pisanie w akademii. Mówią, że nie mają na to czasu, marudzą na wymóg publikowania artykułów. NaTemat kilka lat temu opublikował artykuł o fizyku, który miał być zwolniony z pracy za brak publikacji. Portal przedstawiał całą sprawę jako szokujący przykład bezduszności uczelni, która “zamiast doceniać te realne efekty pracy i prawdziwe odkrycia, rozliczają naukowców za osiągnięcia papierowe, czyli publikowanie wyników badań i analiz w czasopismach”. Takie frazesy słyszałam też osobiście z ust ludzi pracujących na uczelniach.

Tymczasem w moim odczuciu wybierając pracę naukową, wybieramy tak naprawdę pracę profesjonalnego pisarza. Pisanie jest w akademii zasadniczym sposobem dokumentowania swoich dokonań, podstawą etycznego prowadzenia działalności naukowej i głównym źródłem naszych dochodów.

Bez pisania nie ma dokonań

Wbrew temu, w co wierzą autorzy artykułu w NaTemat, efekty pracy naukowej, które nie są opublikowane, nie są zbyt realne. Bo jeśli nie są opisane w artykułach, to skąd mamy o nich wiedzieć i jak je ocenić? Naukowiec, który mówi, że “ma wielkie osiągnięcia”, ale nie publikuje, jest jak ten dzieciak w klasie, który cały czas chwali się, jakie to ma świetne zabawki w domu, ale nigdy ich nie przynosi, nigdy się z nimi nie dzieli i ogólnie to nikt tych zabawek za bardzo nie widział. Pisanie artykułów jest podstawową metodą dokumentowania naszych odkryć i osiągnięć. Dzięki temu inni naukowcy mogą się o nich dowiedzieć i poddać je krytyce, a przez to – zweryfikować. Bez tej weryfikacji – nie znaczą one zbyt wiele.

Bez pisania nie ma etyki naukowca

Do tego dochodzi też etyczny aspekt całej sprawy. Warto pamiętać, że kiedy nie publikujemy wyników swoich badań, to hamujemy postęp nauki. Co z tego, że odkryliśmy właśnie coś niesamowitego albo znaleźliśmy doskonałą metodę przeprowadzenia badania, skoro nikt o tym nie wie i nie może z naszych odkryć czy wniosków skorzystać? W moim odczuciu podstawą naukowej rzetelności jest transparentność, publiczna debata i regularne udostępnianie swoich wyników. Uważam też, że trzymanie zdobytych informacji dla siebie jest nie fair w stosunku do tych, którzy finansują naszą pracę naukową – czyli społeczeństwa. Nie po to przeprowadzamy eksperymenty za publiczne pieniądze, żeby potem kitrać dane u siebie w szufladzie. One są własnością publiczną, nie naszą.

Oczywiście problemem jest też sam proces publikacyjny, który dyskryminuje osoby spoza angielskiego kręgu językowego i uwala badania bez istotnie statystycznych wyników. Jednak moim zdaniem mamy obowiązek starać się przynajmniej dążyć do publikowania jak największej ilości naszych prac. Czyli pisać jak najwięcej i jak najlepiej.

Bez pisania nie ma hajsu

Pomijając już jednak kwestie etyczne, bez artykułów (i wniosków grantowych) cierpi nasza kariera i nasza kieszeń. Ponieważ publikacje są podstawową formą dokumentowania naszych osiągnięć, są też podstawą przydzielania kasy na badania.

Moja kariera na uczelni nie jest zbyt długa, ale do tej pory system ustawiony był zawsze tak, że nic poza prowadzeniem badań i opisywaniem ich nie miało w sumie realnego i znacznego przełożenia na mój awans zawodowy, na granty, na stypendia, na oceny roczne ani na pieniądze, które uczelnia przydzielała mi w ramach dotacji statutowej. Owszem, na zebraniach dla pracownikach kładziono mi do głowy, że wszystkie rzeczy poza-publikacyjne takie jak działalność organizacyjna, recenzjowanie i wysokie oceny za dydaktykę są “kluczowe” i “powinny być naszy priorytetem”. Z tym, że w moim przypadku to po prostu nie była nigdy prawda. Na żadnym wniosku o grant nie wpisałam sobie organizowania konferencji w 2013 roku. Na żadnym podaniu o stypendium nie wpisałam sobie, że studenci lubili moje zajęcia. Bo nigdy nie było za to punktów.

Przynajmniej dla mnie nie ma ważniejszych zadań w akademii niż prowadzenie badań, research i pisanie. Było tak nawet kiedy byłam starszym wykładowcą, zawalonym dydaktyką. Wtedy wstawałam wcześniej o szóstej rano, żeby wcisnąć godzinę pisania, zanim musiałam lecieć do roboty, gdzie prowadziłam zajęcia i odwalałam administracyjną pańszczyznę. Ta jedna godzina rano była zasadniczo jedyną rzeczą, która realnie popychała moją karierę do przodu i miała wpływ na cokolwiek.

Być może są osoby, które znalazły sposób na zarabianie pieniędzy na nauce bez publikacji – ale ja nią nie jestem. Swoją karierę zbudowałam przede wszystkim na pisaniu – na tym, że umiem napisać dobry wniosek grantowy i na tym, że dobrze i sprawnie piszę o swoich badaniach.

Warto poświecić czas na pisanie

Dlatego właśnie dla mnie znalezienie czasu na pisanie jest absolutnym priorytetem. Zdarza mi się zrezygnować z innych obowiązków albo zrobić coś na pół gwizdka w pracy po to, żeby popchnąć do przodu swoje artykuły. Warto inwestować swój czas w pisanie. I warto inwestować w to, żeby pisać jak najlepiej.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *